Kiedy około 2000 roku wyjechałam studiować za granicą i zaznałam życia w innej kulturze, byłam absolutnie pewna, że w Polsce na stałe mieszkać więcej nie chcę. Taka ze mnie patriotka..
Urzekły mnie różne aspekty „zachodniego” życia, różnica wtedy była jeszcze kolosalna. Zupełnie inna kultura, inne podejście do studenta na uczelni, przyjazne traktowanie totalnie zagubionego człowieka w urzędach, MIŁE PANIE NA POCZCIE i w… urzędach (tego nie mogłam wybaczyć naszym polskim służbistkom jeszcze dłuuugo po powrocie), odmienne od polskiego spędzanie wolnego czasu: truchtanie, w ogóle uprawianie SPORTÓW na ulicach (!), leżenie/uczenie się/czytanie na trawie na CZYSTYCH trawnikach w parkach po pracy, w weekendy, kolorowe ciuchy na ulicach, pełna tolerancja dla osób LGBT, tanie loty dające ogrom możliwości, których u nas jeszcze nie było i w końcu co najważniejsze: ludzie byli po prostu uśmiechnięci, jacyś mili, a może po prostu nienaburmuszeni, nieoceniający, niepatrzący spode łba na wszystko co się rusza. Jednocześnie restauracje pełne starszych ludzi, w ogóle starsi ludzie na ulicach, w kawiarniach, w klubach fitness, a ci w pięknych domkach przy jeziorach, z własnymi łódeczkami, spędzający weekendy na żeglowaniu albo jeżdżeniu na łyżwach po jeziorze, nie dawali mi spać p nocach. Może teraz to wszystko nie wydaje się takie dziwne, ale wtedy to wszystko stało niestety w kolosalnej kontrze do naszego kraju…
U nas bowiem królowała wtedy szarość, naburmuszoność, ogólne styranie życiem, a starsze pokolenie zamiast spędzać czas nad jeziorem czy w parku, raczej go musiało spędzać w kolejkach do obskurnych przychodni, łasząc się z kawą i rajstopami do pani w rejestracji, co by im numerek wyciągnęła, żeby nie stać tak całego dnia.
A jak nie w przychodni to często po prostu przed telewizorem. Jedynka, Dwójka, ew. Polsat.
W Polsce normą było, że jak się wyróżnisz jakkolwiek z tłumu, to dostaniesz. Jeśli nie od dresów fizyczne bęcki, to od randomowej pani w autobusie wzrokową chłostę. Będzie fukała i mruczała coś o młodzieży i jej czasach. Albo rówieśnicy obdarzą cię typową obcinką, od góry do dołu, bo w dobrym stylu było pokazać swoją pełną dezaprobatę.
Spróbowałam w tamtych czasach raz truchtać po naszym rodzimym parku i było to niezapomniane przeżycie. Tego się nie robiło wtedy w Polsce, to było przedziwne, niewyobrażalne, ludzie powłóczyli za mną wzrokiem tak długo, aż nie schowałam się za jakimś drzewem, co drugi burknął coś pod nosem i nie brzmiało to jak pochwała moich starań.
Pamiętam, że już nawet po wejściu Polski do Unii rozpoznawałam z zamkniętymi oczami jadąc autokarem, kiedy przekraczamy granicę. Nagle z wygładzonych autostrad wjeżdżało się w polskie ciągnące się kilometrami dziury. Oczywiście, że za każdym razem czułam radość podskakując na każdym wyboju i ogrom sentymentu też czułam. Tęskniłam przecież, wiadomo, nareszcie w domu! Ale serio…po kilku dniach mogłabym już wracać.
I wtedy właśnie, gdy się okazało, że i my możemy wyjeżdżać na legalu, że ten zachód dla nas już otwarty, wymyśliłam sobie, że ja będę mieszkać gdzie indziej. Jak nie na stałe, to na pół roku, jak nie dwiema nogami, to chociaż jedną. Skoro możemy bez wychodzenia za mąż, pracy na czarno po prostu żyć w jednym z miast, które mi się tak podobały, to z pewnością skorzystam. Ucieknę od szarości i tego wszechogarniającego przygnębienia, które ciągnęło mnie w jakąś czarną otchłań.
Po powrocie do kraju, gdy już żałoba po pięknym życiu minęła i poszłam do pierwszej pracy, ustawiłam sobie na wyświetlaczu laptopa biały grecki domek na wyspie Thassos, a w głowie hiperfokus: urodziłam się, żeby na niego zarobić. A gdy już prawie spakowałam bikini i koc plażowy na moją grecką wyspę, okazało się, że serce nie sługa, zakochałam się w krajanie, z tego przyszły dzieci i z zarobionych pieniędzy na biały grecki domek z widokiem na morze, zostały jedynie prawdziwe greckie kafle w M2 na Białołęce.
A potem niewiadomwogóleokiedy minęło kilkanaście lat dorosłego i odpowiedzialnego życia. W pieluchach, w pracy przerywanej ciągłymi nieżytami słodkich obsmarkanych nosków, więc w domu, ciućłanie na wakacje, na których i tak odpocząć się nie dało. Życie. Życie w Warszawie. To temat na odrębny wpis.
Jak już dzieci były na tyle samodzielne, że miałam chwilę dla siebie, żeby tak usiąść czasem chwilę sama ze sobą i pomyśleć, to okazało się, że w moich marzeniach nadal nic się nie zmieniło.
Mimo, że nasz kraj stał się krajem bardziej dla ludzi, mimo że znalazłam pocztę, na której jedna pani wcale nie zabijała wzrokiem petentów, sprawy urzędowe można było załatwiać w internecie. Mimo, że bieganie stało się modne, do najbliższego H&M nie trzeba było już jeździć 10 godzin autokarem, można było robić całkiem budżetowe citybreaki, a Mazowiecka nie była jedyną imprezową ulicą w mieście, ja nadal czułam, że…potrzebuję uciekać.
Coś mnie gryzło, co chwilę łapałam obce spojrzenia największej z możliwych naburmuszoności ludzkiej, obłapywały mnie znienacka wszystkie odcienie szarości, padał na mnie jakiś nieustający śniegodeszcz, coś ciągle na mnie dżdżyło i mżyło w tej polskiej rzeczywistości. Zimy bałam się już od sieprnia. Ciągle nie wiem, czy to bardziej polska zima zmieniła się na przestrzeni lat w taką breję, czy to mój mózg sam czepiał się niepotrzebnie ciągle tej niepogody, z racji jego i mojego wieku, czy może z racji tego, że brak mu było jakichś innych bardziej spektakularnych opcji zaczepień.
H&M już dawno spowszedniał, a zresztą poznaliśmy tajniki ich wietnamskich szwalni, Mazowiecka, ani żadna inna imprezowa ulica też już nie była dla mnie aż tak istotna, chociaż bulwary nad Wisłą naprawdę mnie oczarowują do dziś. Może gdyby były tam od zawsze, gdybym jako studentka miała opcję posiedzieć w knajpie z muzyką nad wodą, to wcale nie zakochałabym się w „zagranicy”.
Teraz zdaje mi się, że już wiem co mi było. Jako osoba podatna na nastroje czy wibracje innych ludzi, za bardzo łapałam naburmuszoność Polaków. Brakowało mi śmiechu, śpiewu, optymizmu, kolorów. W zestawieniu z szarością, pluchą i brzydotą, obok której moje ciało nie umie przejść obojętnie, sama stałam się naburmuszoną Polką. Nie chciałam tego.
O naburmuszonych Polkach i Polakach napiszę koniecznie kiedyś.
W każdym razie przez długie lata mój mózg łapał oddech patrząc jedynie na obrazki palm i kaktusów, klapek lub ludzi zadowolonych z życia.
W jednej z ciąż, kiedy sroga, szarobura zima trwała od końca października do połowy maja, moim głównym hobby było oglądanie National Geographic. Programy z tropikalną zielenią w tle, ale i dzikimi niebezpiecznymi zwierzętami pomogły mi utrzymać się przy życiu tamtej zimy. Skutkiem ubocznym tych godzin, a czasem nawet całych bezsennych nocy przed ekranem, jest okrutna rekinofobia zarówno mnie jak i u człowieka z brzucha 😉
Trochę to trwało zanim znalazłam opcję na zbliżenie się do mojego marzenia o wyspie, zanim zrobiłam prawdziwy risercz najcieplejszego zimowego kierunku europejskiego, cen nieruchomości, prawnych zawiłości i tak jednej zimy, przeczołgana naszą aurą pogodową trafiłam na Teneryfę z chorym dzieckiem… i mamą.
To był tylko tydzień, ale kluczowy. Mamie się spodobało wszystko, od wielokulturowości, ludzi w jej wieku tańczących i zaśmiewających się w barach, po tapasy, podgrzewany basen, widoki i wulkan. Ja wpadłam po uszy i przepadłam zupełnie.
Jeszcze na godzinę przed lotniskiem siedziałyśmy u kolejnych agentów nieruchomościowych wgapiając się w kolejne oferty i próbując zrozumieć o co w tym wszystkim chodzi, kto jest uczciwy, kto mówi prawdę, a kto wręcz przeciwnie i czy jest w ogóle szansa.
I tak po dwóch latach (!), wertowania ofert, sprawdzania opcji, udało nam się znaleźć apartament La Casa de Teresa.


