BLOG

Lorem ipsum, or lipsum as it is sometimes known, is dummy text used in laying out print, graphic or web designs.

The passage is attributed to an unknown typesetter in the 15th century who is thought to have scrambled parts of Cicero's De Finibus Bonorum et Malorum for use in a type specimen book. It usually begins with:

My zestresowani Polacy kontra wyluzowani wyspiarze.

Pisałam wcześniej w poście pt: „Druga strona wyspy…” o tym skąd w wyspiarzach tyle luzu.

Teraz skupię się na tym, co od dawna zaprząta moją głowę. Co jest z nami Polakami? Dlaczego jesteśmy tacy sztywni, nieufni i zazwyczaj patrzymy na innych „spode łba”?

Natknęłam się jakiś czas temu na wypowiedź mojego mniej więcej rówieśnika, Jana Młynarskiego, która zainspirowała mnie do zgłębienia tematu:

„Jestem z pokolenia na styku starych i nowych czasów. Jednym z ostatnich roczników, które mogło obserwować przedwojennych ludzi jeszcze w formie, przysłuchiwać się jednym uchem przy stole rozmowom, które zawsze w pewnym momencie schodziły na tematy wojny, straty, przeobrażeń, wędrówek, krzywdy, cierpienia i tęsknoty za czymś pięknym, co znamy tylko z opowieści. My w Polsce jesteśmy przyspawani do przeszłości dużo bardziej niż inni. Polacy bardzo chętnie ją roztrząsają, tęsknią za nią, choć tak naprawdę nie wiedzą, za czym konkretnie. To jest ten romantyczny, wschodni, nieracjonalny sentymentalizm. A z drugiej strony w naszych rodzinach i naszej historii jest dużo tematów, które między zdaniami – świadomie lub podświadomie – wyrzucamy, zamiatamy pod dywan. 

Ojciec i matka zostali wychowani przez pokolenie rodziców, które przeżyło rzeczy graniczne, straszne, niewyobrażalne. Nauka stwierdziła, że ta trauma zmieniła nasz genom, siedzi w naszym DNA. Przechodzi na nas, nasze dzieci i Bóg wie ile jeszcze pokoleń.”

Przeczytałam ostatnio książkę Michała Bilewicza „Traumaland”, która opisuje zagadnienia traumy narodowej i tego, jaki miała ona wpływ na pokolenie wojenne, na ich dzieci i wnuki. Przytoczę tu kilka kluczowych dla mnie akapitów:

„Przodkowie współczesnych Polaków to ludzie, którzy doświadczyli największej zbrodni w historii ludzkości, gdy na niedużym obszarze, na terenie dzisiejszej Polski, Ukrainy, Białorusi i Litwy, dwa totalitaryzmy zabiły 14 milionów cywilów i jeńców wojennych.

Polacy byli ofiarami zbrodniczych działań – wywózek, egzekucji, pacyfikacji wsi, gwałtów, obozów pracy przymusowej i obozów koncentracyjnych. Jednocześnie też na ich oczach dokonało się ludobójstwo Żydów i eksterminacja Romów.

Ulokowani na skrzyżowaniu interesów mocarstw, na szlaku przemarszu armii, tam gdzie „Hitler i Stalin zrobili co swoje”

…O stanie psychicznym dzieci po wojnie wiemy całkiem sporo, głównie za sprawą badań prowadzonych przez polskich psychologów i pedagogów np. przez zespół Stefana Baleya. Baley twierdził, że wojna fundamentalnie odmieniła osobowość polskich dzieci – uczyniła je lękliwymi, podejrzliwymi i drażliwymi…

Młodzi ludzie nie potrafili sobie poradzić z poczuciem winy i odpowiedzialności za los swoich najbliższych, których utracili. Badający ich psychologowie mówią o utracie sensu życia i niezdolności odczuwania radości.

Baley nazwał to „ kompleksem wojennym” – uważał, że doświadczenie wojny odcisnęło kolosalne piętno na funkcjonowaniu młodych Polaków. Uczyniło ich ludźmi nieufnymi, nerwowymi, a jednocześnie łamiącymi wszelkie zasady.

Nieufność i zanik norm moralnych (rozluźniona karność i brak poszanowania dla własności) to główne psychologiczne następstwa wojny obserwowane wśród dzieci i młodzieży.

Z pozytywnych następstw wymieniane są większa zaradność, samodzielność, spryt życiowy.

Pokolenie to nie tylko przechowało swoją traumę, lecz przekazało je swoim dzieciom. Lęki, brak zaufania do instytucji i państwa, nadmierne reakcje na rozmaite zagrożenia – te cechy zdają się być pokłosiem doświadczeń wojennych także ówczesnej młodzieży…

Ludzie stale przywołujący obrazy najokrutniejszych zbrodni…nie byli w stanie zbudować poczucia bezpieczeństwa i stabilności u swoich dzieci. Lęk i niepokój szybko stały się rodzajem kulturowej normy.

Na takim gruncie szaleją uprzedzenia, przesądy, teorie spiskowe i plotki i pogłoski, w które ludzie wierzą.

Dowodów na to, że doświadczenia rodziców czy dziadków wpływają na funkcjonowanie dzieci i wnuków jest już cała masa.

Coraz więcej mówi się o dziedziczeniu epigenetycznym, czyli o tym jak wpływy środowiskowe rodziców modyfikują ekspresję genów i wpływają na procesy rozwojowe u ich potomstwa.

Słynny eksperyment na myszach, które były rażone prądem przy woni acetofenonu (silna woń suszonych róż), wykazał, że potomstwo tych właśnie myszy reagowało strachem na ten konkretny zapach. Strach ten został zapisany w kodzie genetycznym i przekazywany był kolejnym pokoleniom.

Dzisiejsze następstwa traumy to częste problemy alkoholowe, lęki, brak zaufania do instytucji i innych ludzi. A co za tym idzie: naburmuszoność, brak spontaniczności, brak uśmiechu, uszczypliwość.

Oczywiście, że to generalizacja, oczywiście, że nie wszyscy tak mają, ale ja widzę w tym wyraźny rys obecny u jakiegoś dalszego sąsiada, dalszej pociotki, czy obczajającej pani w autobusie. Generalnie może jest to nie zawsze namacalne na pierwszy rzut oka, ale za dużo tego wokół, żeby można było zlekceważyć i udać, że nie istnieje.

John Sigal (kanadyjski psychiatra) prowadził badania nastolatków, których rodzice w czasie okupacji trafili do obozów koncentracyjnych oraz nastolatków których rodzice pochodzili z tej samej części świata, ale nie mieli za sobą takich doświadczeń.

U nastoletnich dzieci więźniów obozów koncentracyjnych  częściej występowały zaburzenia osobowości, były one bardziej impulsywne, gorzej radziły sobie w sytuacji stresowej, częściej reagowały agresją, były bardziej wycofane, nie potrafiły wyrażać emocji.

A najgorzej było podobno w rodzinach, w których panowała zmowa milczenia, gdzie dzieci nie były w stanie zrozumieć przyczyn zachowania swoich rodziców, bo…wg. dzisiejszych psychologów taką traumę należałoby przepracować – rzetelnie opisać, nazwać, zrozumieć.

A to raczej u nas się niestety nie dzieje.

My Polacy od małego toniemy w martyrologii – od lektur szkolnych po filmy i kinematografię. Powszechne są wizyty w miejscach pamięci, obchody tragicznych wydarzeń z przeszłości. Na co dzień konfrontujemy się z traumatyczną przeszłością, przypominając sobie, że wszyscy spiskują przeciwko nam i chcą nas zniszczyć.

Kościół, do którego starsze pokolenie tak tłumnie chodziło jest również pełen cierpienia, miliardów wylanych kropli krwi i łez.

Status ofiary wszedł na grubo i nic innego nie pasuje już do tego obrazka.

I żeby nie było…Polacy są ofiarami wojny, jest to niezaprzeczalne, ale publicznie nie dopuszczamy do głosu historii, w której to także Polacy byli katami. Nie mówiła o tym ani babcia przy stole, ani pani od historii. Wiadomo było, że Niemcy źli, a Polacy dobrzy.

Mamy przyznany status ofiary, który stawia nas na pozycji: nam się przytrafiło, niesłusznie, my nigdy byśmy się tak nie zachowali, cały świat przeciwko nam, musimy radzić sobie sami, co powoduje niekończącą się nieufność. Ludzie źle potraktowani reagują z wzajemnością, chcą odpłacić pięknym za nadobne.

A może właśnie rzetelne pochylenie się nad niektórymi zachowaniami podczas wojny mogłoby pomóc zrozumieć, że ludzie są ludźmi, wytłumaczyć niektóre okrutne zachowania, sprowokować do myślenia dlaczego ktoś tak postąpił. Opisać rzetelnie i zrozumieć – czyli przepracować traumę.

Gdyby Pamiętniki Calka, które wbiły mnie swojego czasu w podłogę były lekturą obowiązkową, lub gdybyśmy w szkole wrócili do historii w Jedwabnem, nad którą pochyla się także autor „Traumaland”, myślę, że nasze społeczeństwo miałoby szansę wyjść z tej roli ofiary chociaż na chwilę, stanąć obok i trochę spuścić z tonu.

Ale nie…my uwielbiamy myśleć o sobie, że zasługujemy na specjalne traktowanie, że niewielu ludzi zna prawdziwą wartość nas, Polaków – język prawicowych polityków nie pozwala społeczeństwu o tym zapomnieć, co prowadzi do niechęci do wszystkich obcych. Tych obcych, którzy mogliby odsłonić nasze niedoskonałości, zburzyć nasz obraz siebie. Nie lubimy obcych, ani za granicą, ani za płotem.

A Hiszpanie?

Hiszpania nowożytna choć ma za sobą okres wojny domowej, nie utraciła swojej niezależności, ani nie padła ofiarą okupacji i podobno ma to duże znaczenie.

Hiszpania szczęśliwie nie ma tej traumy.

I widać to gołym okiem jak porównamy sobie:

Polski pesymizm i spięcie dupy versus hiszpańskie „no pasa nada”, wszystko będzie dobrze.

Polska kultura narzekania versus hiszpańskie świętowanie codzienności.

Polska nieufność versus hiszpańska otwartość.

Polskie obchody wszelkich krzywd, wieńce, przemówienia, minuty ciszy, rytuały żałobne, kościelne lamenty, powaga versus świętowanie na Teneryfie, gdzie każde święto czy świeckie czy religijne to niekończąca się impreza, śmiech, głośna muzyka i tańce do nocy.

Polacy uważają, że hiszpański optymizm wynika z ich głupoty. Osoby narzekające postrzegane są jako mądrzejsze życiowo, zwiększają prawdopodobieństwo nawiązania głębszej relacji z rozmówcą.

Wyspiarze za to nie mogą się nadziwić jak sztywni, zasadniczy i głupio uparci są Polacy, a przecież wystarczyłoby wszystko zostawić w rękach losu i iść na wino.

I kto tu jest mądrzejszy?

A ja nic, tylko narzekam i narzekam na tę Polskę, co jest oczywiście na wskroś stereotypowym zachowaniem przeciętnego Polaka, który widzi swój kraj przeważnie w czarnych barwach. W odróżnieniu od innych nacji.

Ale co ciekawe stereotypowego Polaka cechuje większe przywiązanie do kraju niż na przykład przeciętnego Holendra.