Dlaczego wyspa?
Coś mnie ciągnęło na wyspy od zawsze. Mimo mojej rybofobii, którą pielęgnuję zarówno na Mazurach, po rekinofobię na każdym większym niż Mazury akwenie.
Ale wiadomo, że w wyspach coś jest.. Wyspa to często miejsce ucieczki, wypoczynku, oderwania się od rzeczywistości, resetu. Miejsce, gdzie łatwo jest spojrzeć na horyzont i oszacować jego bezkres. Na wyspie jesteśmy jakoś bliżej nieba i o niebo łatwiej możemy poczuć naszą przemijalność oraz to jak mali jesteśmy wobec nieskończoności świata. Łatwiej złapać inną perspektywę i spojrzeć przez nią na nasze mrówcze życie na lądzie.
Siedząc któregoś wieczora na tarasie w apartamencie La casa de Teresa, olśniło mnie. Nagle bardzo wyraźnie zobaczyłam o co chodzi, a raczej o co nie powinno chodzić w moim życiu. To było tak jasne, tak oczywiste i tak mocne, że zostało we mnie do tej pory. To olśnienie nie wzięło się jednak znikąd…
Na drugą falę pandemii polecieliśmy na Teneryfę na 10 dni, a zostaliśmy 4 miesiące, bo włączyli zdalną naukę, a my kombinowaliśmy jak się dało, żeby móc skorzystać z tej szansy jednej na milion. I tak po jakichś 2 miesiącach pobytu na totalnie pustej od turystów wyspie, z pozamykanymi w większości knajpami i hotelami, z plażą którą czasem dzieliłam rano tylko z ptakami, z kortem tenisowym pod nosem, ze świeżym powietrzem, ciepłymi nocami, ale i pracą zdalną i całym mnóstwem codziennych mniejszych lub większych problemów do ogarnięcia, stwierdziłam: Tu da się żyć na stałe, to jest tylko nasz wybór i potem jego konsekwencje. Ale da się.
Wcześniej traktowałam wyspę jako odskocznię na tydzień, góra 2 tygodnie. Nie myślałam nigdy o niej jak o miejscu do mieszkania na stałe.
Wyraźnie poczułam różnice między życiem jakie prowadzę w Warszawie i życiem tam. W Warszawie pracuję, odwożę dzieci, ciągle biegnę, ciągle za mało na wszystko czasu i pieniędzy, więc biegnę dalej, reklamy krzyczą, sąsiad kupił i ma, więc kupuję i ja, wikłam się w coraz więcej zobowiązań, coraz większe oczekiwania, jem w biegu, więc tyję, a potem muszę jeszcze znaleźć czas i wydać pieniądze na jakiś fitness, wychodzę do ludzi, więc muszę wyglądać, a tam sezonowość ubrań i kolekcje specjalnie w innych kolorach co i rusz i buty zimowe z zeszłego sezonu, sorry, ale już mają nie te czubki, więc do sklepu, a co ze starymi-wyrzut sumienia. Praca, ogarnianie domu, sport, czasem spotkania ze znajomymi, a wieczorem zgon.
W między czasie trzeba ogarnąć wyjazd na ferie, wakacje, żeby dzieci coś zobaczyły, zarobić na wakacje, żeby być pod palmą przez tydzień. Presja jest duża, a ja już przed pandemią byłam na skraju wyczerpania.
Życie jakiego doświadczyłam w pandemii wyglądało zgoła inaczej.
Przyjechaliśmy na 10dni, wiec rzeczy dużo nie mieliśmy wcale ze sobą. Przez te 4 miesiące kupiłam kilka koszulek w Benetton outlet za 10eur w sumie i szorty. Chodziłam ciągle w klapkach, bo pogoda klapkowa jest codziennie, niezależnie od pory roku. Dzieci rozwozić nigdzie nie musiałam, bo wszystko miały pod nosem, no w zasięgu z buta. Angielski i hiszpański z sąsiadami, tenis obok, skatepark, basen jeszcze bliżej. Market 5 min od apartamentu, a gotowanie na Teneryfie stało się przyjemnością. Bez biegu, bez presji, po pracy na plażę, rano pobiegać, czemu nie. Zdrowo, miło i non stop słońce. Nareszcie nie musiałam zarabiać milionów na 7 dni pod palmą.
I powiecie: taaak. To była pandemia. Ale po pandemii, jak turyści są, wcale nie jest inaczej. Serio nie trzeba wyglądać, bo wszyscy mają to gdzieś. Ludzie na wakacjach z reguły są uśmiechnięci i dobrze nastawieni do świata, więc nie szturchają cię ciągle swoimi pretensjami, nie dźgają wzrokiem moherowych bab, bo na berety za ciepło. Turyści przyjeżdżają przeważnie na 7 dni, więc anonimowość, którą ja sobie bardzo cenię, jest w pełni zachowana. Wielokulturowość i wielojęzyczność – zawsze uwielbiałam i jest. Plaża za darmo-jest. Słońce za darmo-jest. Podwyżki za energię – nie za bardzo dotyczą, polityczne niesnaski i nuklearne zagrożenia – jakkolwiek zawieje teraz ignorancją – nie dotyczą. Oczywiście możesz się zacząć interesować polityką Hiszpanii, ale jakoś mi nie po drodze było.
Znudzi Ci się plaża – jedziesz do lasu, zatęsknisz za chłodem – jedziesz w góry, wszystko masz w zasięgu ręki.
Ale tubylcy oczywiście przestrzegają: Magdalena – wyspa to wyspa, znudzi Ci się, nie wsiądziesz w samochód, nie pojedziesz przed siebie. Jak chcesz gdzieś wyjechać to tylko z tą walizką o wymiarach 40x50x30. Zobaczysz przyjdzie znużenie i poczucie zamknięcia, zatęsknisz za lądem…
I ja od tej chwili tak bardzo chcę zatęsknić za lądem. To jest moje marzenie i cel: Mieć możliwość zatęsknienia za tym lądowym pędem. Wyspo, proszę Cię, pozwól mi, chcę poczuć tę tęsknotę!


